Boni: Dlaczego zmieniamy OFE?

Drodzy Przyjaciele, piszę ten list do was, twórców reformy emerytalnej z 1999 r.: do Jerzego Hausnera, Michała Rutkowskiego, Marka Góry, Agnieszki Chłoń-Domińczak, Ewy Lewickiej. Jest to również list do zwolenników tej reformy. Ale proszę o uważną lekturę także i tych, którzy w ostatnim czasie tak ostro ją atakowali.

Nie podobały mi się wielomiesięczne ataki na OFE prowadzone dosyć prymitywnie, z użyciem argumentów jak z najgorszego magla. Nie podobały mi się też manipulacje analityczne, najpierw delikatne, a z czasem coraz bardziej agresywne. Od tabel Ministerstwa Finansów, iż dług publiczny w 2060 r. z tytułu OFE będzie wynosił 90 proc. PKB (przy skrojonych ze złą wolą lub z braku wiedzy parametrach wyjściowych), do tabelek Biura Rady Gospodarczej przy Premierze podsyłanych po cichutku dziennikarzom, wskazujących, iż grozi nam niska stopa zastąpienia w emeryturach tworzonych przez dwa filary, bo stopa zwrotu z inwestycji OFE nie jest taka wysoka.

Dzisiaj wiem, że służyło to stworzeniu odpowiedniego klimatu, w którym dobrze się czują demony destrukcji. Zarówno ci, którzy w imię rzekomej sprawiedliwości społecznej mówią o opcji dobrowolności, jak i ci, którzy chcą zabłysnąć jako mężowie opatrznościowi polskich finansów publicznych, używając najprostszych narzędzi. Trzeba jednak pamiętać, iż taki klimat debaty publicznej jest w Polsce dosyć powszechny. Więc przejdźmy nad tym do porządku dziennego, by skupić się na sprawach merytorycznych.

Dramatyczny wybór

Dlaczego uznałem, że potrzebny jest trudny kompromis w poszukiwaniu rozwiązań dla modelu funkcjonowania OFE? Istotą reformy emerytalnej z 1999 r. było przekonanie, że nie będziemy w stanie unieść dotychczasowego modelu solidarności międzypokoleniowej, gdzie pracujący płacą składkami za emerytury pokolenia starszego. Przy formule zdefiniowanego świadczenia i przy perspektywach nierównowagi demograficznej groziło to albo radykalnym obniżeniem emerytur, albo radykalnym wzrostem składek czy podatków (a to byłoby zabójcze dla konkurencyjności polskiej gospodarki).

Dlatego wprowadzono zasadę zdefiniowanej składki, która w dłuższej perspektywie zmniejsza udział dopłat publicznych do systemu emerytalnego (do 2050 r. Polska i Estonia jako jedyne będą miały ujemny przyrost tych wydatków, ok. 3 proc. PKB). Dużą część ciężaru przyszłych wypłat przeniesiono na II filar, na sektor prywatny działający dla celu publicznego. Efektywność OFE, dbałość o wysoką stopę zwrotu miały dać szansę na wyższą emeryturę. Przy okazji stworzono dobre narzędzie wstrzykiwania pieniędzy w gospodarkę poprzez rynek kapitałowy.

Dzisiaj wiemy, że stopa zastąpienia (relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia) w 2050 r. na poziomie 31-35 proc. to w proporcjach niżej niż obecne ok. 60 proc. Ale poza Maciejem Bukowskim w tej dyskusji nikt nie podkreślił, że te 31 proc. stopy zastąpienia to w przeliczeniu na wartość nabywczą, realną pieniądza znaczy tyle, ile dzisiaj 3500-4000 zł, czyli od 105 proc. do 120 proc. przeciętnego wynagrodzenia! Oczywiście społeczeństwo będzie się bogacić i rozwój gospodarczy za 30-40 lat będzie najprawdopodobniej zwiększał dochody z pracy, a więc dysproporcja między żyjącymi ze świadczeń (całkiem nieźle) a żyjącymi z pracy będzie rosła. I będzie tak we wszystkich społeczeństwach. Żeby tę dysproporcję zmniejszać, warto mieć właśnie inwestycje w II filarze.

Ale dzisiaj też wiemy, że nasza składka emerytalna podzielona na 12,2 proc. do ZUS i 7,3 proc. do OFE realnie była i jest wykorzystywana w całości na bieżące wypłaty świadczeń. To dlatego, żeby bez podnoszenia składki móc przesyłać środki w realnej gotówce do OFE, trzeba wygospodarować dodatkową dopłatę do ZUS. Przy słabościach strukturalnych polskich finansów publicznych - od lat! - generuje to dług publiczny, obecnie na poziomie ok. 1,6 proc. PKB rocznie. Z jednej więc strony stworzyliśmy warunki, by na przyszłość w gorszych okolicznościach demograficznych większa część wypłaty emerytury pochodziła z OFE (przy stopie zastąpienia 31 proc. - 20 proc. ma pochodzić z OFE, a tylko 11 proc. z ZUS) i zmniejszała przyszłe potrzeby pożyczkowe i dług publiczny - ukryty, bo jest to przyszłe zobowiązanie państwa. Zarazem jednak wzrosło zagrożenie przyrostu długu jawnego w latach obecnych i nadchodzących.

Jak pogodzić sens tej słusznej reformy emerytalnej z wydolnością i bezpieczeństwem finansów publicznych teraz i w nadchodzących latach? Zaproponowany w czwartek podział składki przekazywanej do II filara na część gotówkową idącą do OFE i zobowiązanie do waloryzowania drugiej części składki w II filarze na odpowiednio wysokim poziomie jest próbą przecięcia tego węzła gordyjskiego. Po prostu dzielimy ryzyka i odpowiedzialność. Nie stać nas dzisiaj na takie zadłużenie, więc je utrzymujemy, ale w mniejszej skali - przenosząc część problemów na przyszłość. Zmniejszamy przyrost długu od 1,1 proc. PKB rocznie w 2012 (pełny rok - o 17 mld zł) do 0,8 proc. PKB rocznie od 2017 r. To jest próba znalezienia równowagi między odpowiedzialnością za przyszłość i teraźniejszość. Czas pokaże, czy ten dramatyczny wybór przyniesie efekty.

Cały artykuł na stronie WWW Gazety Wyborczej

Wyślij e-mail Drukuj